Łatwiej zamordować szefa, niż rzucić pracę? “Horrible Bosses” i globalny kryzys
To, o czym pisałam w poprzednim poście, czyli, że agresywni mężczyźni zarabiają więcej, znalazło swoje odzwierciedlenie w goszczącej właśnie na naszych ekranach komedii Setha Gordona „Horrible Bosses” (polski tytuł: “Szefowie wrogowie”) . Oto psychopatyczny prezes korporacji (w którego postać wcielił się Kevin Spacey, stając się tym samym antytezą bohatera granego przez siebie w „American Beauty”) mieszka sobie w oszałamiającej rezydencji z piękną, dużo młodszą żoną (oraz kotem) i rozbija samochodem typu czołg, zaś w pracy znajduje nieskrywaną przyjemność w psychicznym pastwieniu się nad podwładnymi. Nie najgorzej powodzi się też Bobby’emu granemu przez Colina Farrella, dla którego lżenie jednego z trójki głównych bohaterów jest na porządku dziennym. I nawet jeśli widz może mieć wątpliwości co do tego, co było pierwsze: jajko czy kura – czyli: czy dlatego przełożeni wyżywają się na bohaterach ponieważ są po prostu agresywnymi czubkami?, czy też dlatego, że są agresywnymi czubkami zostali przełożonymi? – to puenta filmu potwierdza raczej tę drugą tezę, wskazując, że prezesem korporacji najprędzej zostanie właśnie agresywny czubek…
Danie sobie prawa do bycia agresywnym i uwolnienie tłumionego gniewu poprzez podjęcie decyzji o zamordowaniu swoich strasznych szefów staje się też dla trójki głównych bohaterów punktem przełomowym – początkiem odzyskiwania przez nich utraconej godności, rodzajem „męskiej inicjacji”, w której niebagatelną rolę odgrywa również siła „męskiej przyjaźni” … I na tym można by poprzestać, dochodząc do konkluzji, że we współczesnym świecie facet powinien mieć jaja, bo jeśli jest zbyt grzeczny i ugodowy, to jest mięczakiem, frajerem, looser’em i można nim pomiatać.
Oczywiście, cała sytuacja wyjściowa i intryga są hiperbolą, mocno przesadzoną farsą, bo też i nikt nikogo nie chce przecież zachęcać do morderstwa. W „Horrible Bosses” mamy galerię przerysowanych, groteskowych szefów, z których na kilometr wieje kpiną. I o ile Kevin Spacey w pierwszych swoich scenach jest bardzo przekonujący, o tyle od połowy filmu z każdą kolejną klatką zmierza w stronę farsy i kabaretu (niewiele mu już brakuje, by zacząć się kąpać w krwi dziewic), utwierdzając widza w przekonaniu, że jak najbardziej zasługuje na los, który planują mu zgotować główni bohaterowie. Podobnie zresztą, jak „zasługują” na to pozostali „straszni szefowie”. Ale jeżeli Twój przełożony, choć jest nieskończenie niekompetentnym dupkiem, nie jest nieczuły na los mieszkańców Boliwii i nie wciąga kokainy niemal równie jawnie, jak chędoży w swoim gabinecie prosytytutki – nie jest z nim jeszcze tak źle. Podobnie, jeśli Twój szef nie jest permanentnie napalonym maniakiem seksualnym – również nie jest jeszcze tragicznie. Ze wszystkich strasznych szefów to zresztą właśnie dentystka – nimfomanka grana przez Jennifer Aniston, kończy najlepiej i kara, jaka ją spotyka jest niewspółmiernie niska wobec tej, jaka –zrządzeniem losu i przy nieznacznej pomocy fajtłapowatych bohaterów – staje się udziałem pozostałych boss’ów. Ergo, mamy tu jeszcze dodatkowy optymistyczny przekaz w rodzaju „Szanuj szefa swego, bo możesz mieć gorszego”.
Ale jest też w filmie Gordona parę smaczków, które – pomimo całej przaśności „Horrible Bosses” (na karb tej przaśności zrzucam niniejszym jakość języka tego wpisu) – skłaniają do głębszej refleksji. Przede wszystkim jest to gorzka refleksja o dotkniętej kryzysem kondycji amerykańskiej gospodarki i rynku pracy. Oto jeszcze dekadę temu bohater grany przez Kevina Spacey w „American Beauty” mógł rzucić pracę i wyrwać
się z wyścigu szczurów, by zacząć żyć w zgodzie z sobą. Bohaterom „Horribble Bosses” łatwiej jest natomiast podjąć decyzję o zamordowaniu swoich szefów, niż o porzuceniu pracy. Nawet, jeśli przez chwilę się nad tym wahają, świadomość losu, jaki spotkał byłego pracownika Lehman Brothers – w haniebny i groteskowy sposób zarabiającego na przetrwanie – staje się wystarczającym ostrzeżeniem przed rezygnacją z posady. Tak wygląda Ameryka doby kryzysu – nie możesz już rzucić swojej znienawidzonej pracy, możesz co najwyżej zamordować znienawidzonego szefa…
Wyobrażam sobie, że wielu ludzi w Stanach życzy ex-załodze Lehman Brothers takiego zwieńczenia kariery, jakie stało się udziałem trzecioplanowej postaci z filmu Gordona! Tym samym drugo- a nawet trzecioplanowa postać z filmu staje się postacią metaforyczną – symbolem czasów, które odeszły, być może bezpowrotnie i symbolem karier, których ani nie da się odbudować, ani powtórzyć. Niedawni królowie życia stają się „looser’ami” i przegrywają na współczesnym rynku pracy, a wzorzec kariery, który reprezentowali, odchodzi do lamusa. Na przeciwnym biegunie znajduje się inna trzecioplanowa postać filmu, której nawet nie widzimy na ekranie – tajemniczy Atmanand zwany Gregorym –pracownik call center siedzący w słuchawkach przy swoim komputerze zapewne gdzieś po drugiej stronie oceanu. I to właśnie on jawi się jako najnormalniejsza postać w całym filmie i jako nowy bohater naszych czasów. Na tle koszmaru, jakim staje się życie zawodowe bohaterów, Atmanand-Gregory jest cichym wygranym. Jako jedyny ani nie uskarża się na swoją pracę, ani na jej brak. Bo choć nie jest to praca będąca zapewne szczytem marzeń, wykonuje ją maksymalnie profesjonalnie, jak wielu jego kolegów i koleżanek w Indiach, Azji i Europie Środkowej –wszędzie tam, gdzie powstają call centers reprezentujące nowe , elastyczne formy pracy. Paradoksalnie więc, to on jest zwycięzcą czasów kryzysu.
Seth Gordon raczy nas przez niemal całą projekcję sprośmymi kwestiami padającymi z różanych ust anielskookiej Jennifer Aniston i dowcipami
z poziomu latryny. Ale jednocześnie puszcza oko jakby chciał powiedzieć, że amerykański sen może być koszmarem. Że system, w którym ludzie stają się niemal zakładnikami firm i ich szefów nie jest dobry. A tajemniczy Atmanand z call center zza oceanu może być dużo bardziej szczęśliwy od prezesa wielkiej korporacji, żyjącego w pięknym domu z kotem i młodą żoną, o którą zazdrość doprowadza go do szaleństwa.
A może „Horrible Bosses” to cichy manifest na rzecz ROWE?
Zły czyli dobry, a przynajmniej dobrze zarabiający
Będzie tekst o Carrie i Aleksandrze, oczywiście, że będzie, ale później
.
Wredni zarabiają więcej! Pod takim tytułem na stronie tvn24 ukazał się w ub. tygodniu artykuł przytaczający wyniki badań, według których agresywni mężczyźni mają pensje średnio o 18% wyższe niż ich sympatyczni i mili koledzy: http://www.tvn24.pl/-1,1714144,0,1,wredni-zarabiaja-wiecej,wiadomosc.html.
Badania, oczywiście, prowadzono w USA (nie pytajcie, dlaczego to takie oczywiste – po prostu Amerykanie badają takie rzeczy jakie nam do głowy by nie przyszły – widocznie to efekt wysokich nakładów na naukę
). I choć szczegółów metodologii badania nie znam, szacunek powinien budzić już sam fakt, że badania prowadzone były przez naukowców aż 20 lat.
To jasne, że wyniki badania powinny budzić niepokój. Są paradoksalnym, kłującym w oczy zaprzeczeniem tego wszystkiego, co mówimy o „wieku rozumu”, „trzeciej fali rewolucji przemysłowej” i tego, o czym myślimy mówiąc o zarządzaniu zasobami ludzkimi, zarządzaniu talentami, społecznej odpowiedzialności biznesu etc. Bo mimo tych wszystkich wyszukanych słów, świetnych teorii i doskonałych praktyk, tak samo, jak 2 tysiące, tysiąc czy kilkaset lat temu ci, którzy przychodzą z obnażonymi zębami i pięściami grzmiąc „dawać co macie, bo jak nie to się zdenerwujemy” – zyskują więcej.
I tak sobie o tym myślałam oglądając mecz FC Barcelona – Real Madryt w ubiegłą środę (17 sierpnia 2011). „The Special One” – Jose Mourinho najlepiej zarabiający trener na świecie a przy okazji trener najdroższego piłkarza świata, znów dał popis swojej agresji. Christiano Ronaldo, czyli rzeczony najdroższy piłkarz, gra w drużynie, w której brutalne faule stają się znakiem niemal tak samo rozpoznawczym, jak białe koszulki z królewskim herbem.
Czy tak musi być? Cała pociecha w tym, że w przypadku kobiet bycie agresywną nie jest aż tak bardzo opłacalne – różnica w pensji miłych i niemiłych kobiet wynosi tylko 5 %. I na mecze piłkarskie pań też milej się patrzy, bo nie ma na nich prawie fauli i niesportowych zagrań – vide: tegoroczne Mistrzostwa Świata Kobiet w Piłce Nożnej w Niemczech. No tak, ale na tym eleganckim kobiecym futbolu nie zarabia się tyle, co na męskim…
Kabareciarze z Crackovii humorystycznie uzasadnili agresję Mourinho.
Warto obejrzeć
.
Co łączy Carrie Bradshaw z Aleksandrem Kwaśniewskim i dlaczego Fernando Torres jest, a właściwie był smutny? – cz. 1
Taki długi tytuł domaga się wyjaśnienia. Nie, to nie będzie zapowiedź nowej kinowej odsłony „Sex And The City”. Cztery nowojorczanki nie wybiorą się w kolejną egzotyczną podróż, tym razem do Polski z okazji Euro 2012. Teoretycznie (w filmowej rzeczywistości) mogłoby się to wydarzyć, gdyby wspomniana Carrie namówiła przyjaciółki na taką eskapadę, zapaławszy nieokiełznanym pożądaniem do jakiegoś przystojnego europejskiego piłkarza, np. Fernando Torresa. Zdobywszy po wielu trudach bilet na mecz reprezentacji Hiszpanii, Carrie usiadłaby na trybunach obok Aleksandra Kwaśniewskiego, a wtenczas okazałoby się, że to właśnie polski ex-prezydent jest tym jedynym, do którego całe życie tęskniła, nawet nie zdając sobie z tego sprawy i tracąc czas na złudne romanse i nieudane małżeństwo. Fernando Torres, oczywiście byłby smutny, dowiedziawszy się że niedoszły prezes Komitetu Olimpijskiego (polskiego czy też międzynarodowego) sprzątnął mu sprzed nosa taką babkę.
I tak mógłby wyglądać scenariusz nowego kinowego „Sex And The City”, gdyby wyobraźnia scenarzystów sięgała tak daleko, ale nie sięga.
Należy tu na zdecydowanie podkreślić, że i Fernando, i Aleksander mają swoje żony i z fikcyjną Carrie nie łączy ich żaden romans. Więc co ich łączy?
O tym w kolejnych dwóch wpisach na niniejszym blogu. W dwóch, bo jak na jeden raz jest tych treści zbyt wiele. Zacznijmy zatem od Torresa.
CZĘŚĆ 1.
- Co oni wypisują w tych gazetach! – mój 11-letni syn z trzaskiem zamknął czytany przed chwilą sportowy dwutygodnik dla młodszej młodzieży.
- A co takiego wypisują? – zapytałam. Była wiosna, środek kwietnia.
- Piszą, że Fernando Torres w tym sezonie w barwach Chelsea nic nie pokazał i nie strzelił żadnej bramki – tłumaczył Igor – a przecież to trener każe mu rozgrywać piłki i podawać do kolegów.
Zadumałam się chwilę nad tą sytuacją. Rzeczywiście, zawodnik, który grając w klubie Liverpool zdobył bodajże ponad 70 goli i strzelił zwycięską bramkę w meczu z Niemcami na EURO 2008, dającą drużynie Hiszpanii tytuł Mistrzów Starego Kontynentu i wyglądający wtedy tak:
http://www1.pictures.gi.zimbio.com/Germany+v
+Spain+UEFA+EURO+2008+Final+DaFqH9yA8Akl.jpg
przez 730 minut gry w barwach londyńskiego Chelsea miał taką minę:
http://www4.pictures.zimbio.com/gi/Torres+Manchester+United+v+Chelsea+Premier+XaBUxt3JSgel.jpg
Nie lepszą może mieć też Leo Messi po meczach w Copa America. Gwiazdor FC Barcelony w barwach reprezentacji narodowej Argentyny nie błysnął ani na Mundialu 2010, ani na tegorocznych Mistrzostwach Ameryki Południowej.
I pomyślałam sobie, że ta sytuacja jest bliska zapewne wielu pracownikom, wielu przedsiębiorstw, którzy w jednej firmie albo na danym stanowisku pracy „zdobywają gole”, spełniają się zawodowo, odnoszą sukcesy i efektywnie przyczyniają się do sukcesów organizacji, a przeniesieni na inne stanowisko, do innego zespołu albo w innej firmie – więdną, przestają być efektywni, z tygodnia na tydzień marnieją w oczach i wreszcie przychodzą do działu kadr z wypowiedzeniem (o ile sami wcześniej w tym celu nie zostali do działu kadr wezwani). W zachodniopomorskiej rzeczywistości, gdzie bezrobocie jest duże i pracę trudniej znaleźć niż ją stracić, może jeszcze nastąpić etap pośredni – przedłużających się lub zadziwiająco częstych zwolnień lekarskich. I tak pracownik, który albo był niezwykle sprawny i skuteczny na poprzednim stanowisku, albo tak dobrze się zapowiadał w procesie rekrutacyjnym – rozstaje się z organizacją.
Tak może wydarzyć się wówczas, gdy np. osoba będąca członkiem zespołu awansuje na jego menedżera. Była najbardziej efektywna w zespole, więc zapewne będzie też jego świetnym menedżerem. A tu się okazuje, że niekoniecznie. Że planowanie i organizacja pracy innych, motywowanie ich i kontrola efektów są zadaniami, które wymagają od awansowanego pracownika takiej energii i wysiłku, że… vide to, co napisałam powyżej – przestaje być efektywny, z tygodnia na tydzień marnieje w oczach i wreszcie przychodzi do działu kadr i …
Podsumowując, dzieje się tak wtedy, gdy dana osoba pracuje na stanowisku, które zupełnie nie pasuje do jej preferowanych zachowań i preferowanego stylu pracy, na którym nie wykorzystuje swoich naturalnych predyspozycji. Mówiąc krócej: jeśli pracuje na stanowisku, które absolutnie nie jest zgodne z jej profilem osobowościowym. Tak dzieje się również wówczas, gdy osoba o określonym temperamencie i stylu pracy trafia do zespołu, w którym dominują zupełnie odmienne od reprezentowanych przez nią wartości, w którym obowiązuje zupełnie odmienny od jej naturalnego styl pracy, bądź w którym oczekuje się, że będzie się zachowywać w sposób, który jest jej całkowicie obcy.
Wszyscy chyba to znamy – nieśmiały introwertyk preferujący towarzystwo liczb i dokumentów nad towarzystwo ludzi może być wspaniałym księgowym, ale już niekoniecznie – np. menedżerem sprzedaży. Osoba preferująca pracę w samotności może nie być dość efektywna w dziale obsługi klienta, ekstrawertyk i człowiek-dusza zamknięty sam na sam z dokumentami, będzie najprawdopodobniej mówił sam do siebie albo w końcu zacznie wędrować po innych działach i pokojach i spędzać tam więcej czasu niż nad swoimi zadaniami. Osoba z silną skłonnością do dominacji niechętnie będzie ulegać wpływowi innych osób, wliczając w to własnego kierownika. Handlowiec preferujący styl pracy „rolnika” czyli dłuuuuugo pracujący nad klientem, „hodujący” go sobie niczym egzotyczny kwiat, może nie czuć się komfortowo w roli handlowca – łowcy, zdobywającego jednego klienta za drugim, np. w sektorze dóbr szybko rotujących. Doktor House jako szef działu HR? Straszne!!!!
http://image.com.com/tv/images/processed/default/93/07/349211.jpg
Mimo tych oczywistości bardzo często (za często!) zdarza się, że ludzie wykonują pracę, do której – choć mają kwalifikacje – nie mają serca. Która ich męczy i w której szybko się wypalają, bo nie robią w niej tego, do czego są predysponowani. Obrońca na boisku też może strzelić bramkę, jednak w roli stałego snajpera czułby się zapewne niezbyt komfortowo.
Można tego uniknąć i można to zmienić.
Jak?
Badając tzw. osobowość zawodową osób, które chcemy zatrudnić, awansować albo przesunąć na inne stanowisko.
Czymże jest owa osobowość zawodowa? To zespół zachowań, cech i preferencji, które prezentujemy w środowisku pracy. To, co lubimy robić i to, co wolimy robić, a więc np.: Negocjować czy szybko wyrażać zgodę? Przekonywać czy nakazywac? Uogólniać czy szukać dziury w całym? Inspirować i zachęcać czy kontrolować i wymagać? Mówić czy słuchać? Podejmować decyzje szybko, opierając się na własnej wiedzy, czy rozważając wiele stanowisk i prowadząc szerokie konsultacje? Działać szybko i ryzykownie, czy powoli i z namysłem? Kierować czy być kierowanym? Improwizować czy trzymać się ściśle wyznaczonych wzorców? Wszystko to składa się na bogactwo naszej osobowości zawodowej i decyduje o tym, że na pewnych stanowiskach, w pewnych rolach zespołowych i rodzajach pracy jesteśmy znacznie bardziej efektywni, niż w innych. Nie znaczy to wcale, ze tych innych nie możemy w ogóle wykonywać! Możemy, jednak będą one kosztowały nas dużo więcej energii i wysiłku niż owe role preferowane.
Każdej organizacji zależy na maksymalnej efektywności, po cóż więc marnować czas i środki na zatrudnianie ludzi do prac, w których są mniej efektywni, skoro o wiele efektywniejsi będą w innych? Po cóż „urodzonego handlowca” zamykać w pokoju, w którym za jedyne towarzystwo będzie miał zbiór segregatorów? Po cóż „nieśmiałka”, rewelacyjnego w tworzeniu zaawansowanej grafiki reklamowej, zmuszać do aktywnego pozyskiwania klientów, skoro chłopak mdleje natychmiast po wybraniu numeru telefonu do potencjalnego klienta?
Ok., w mikro firmach robi się wszystko, bo najczęściej nie ma innego wyjścia (nie ma komu robić tych innych rzeczy, do których mamy mniejsze predyspozycje i które mniej lubimy robić), ale zauważmy, że nawet mikro firmy outsourcingują wiele prac właśnie dlatego, że ich wykonywanie pochłania im zbyt wiele czasu i energii, które powinny wykorzystywać na realizację zadań będących podstawą ich działalności i generujących przychód.
Menedżerze, Pracodawco, jeśli masz w swoim zespole snajpera nie stawiaj go na pomocy. Ok., futbol totalny, gdzie wszyscy zawodnicy robią wszystko (z wyjątkiem bramkarza) i biegają po całym boisku może się sprawdzić, ale raczej nie jest to regułą, bo w przypadku mniej zgranych drużyn, przeradza się z totalnego futbolu – w totalny chaos.
Dopasowanie pracowników do zadań zgodnych z ich naturalnymi talentami i preferencjami jest kluczem do sukcesu każdej organizacji.
Przy dobieraniu ludzi do zadań, a więc przy rekrutacji, przesunięciach wewnętrznych, awansach, nie wystarczy brać pod uwagę tylko kwalifikacje. Zbyt często bowiem zatrudniając ludzi z uwagi na ich kompetencje twarde, rozstajemy się z nimi z powodu ich kompetencji miękkich. Często dopiero w toku pracy wychodzi na jaw różnica w oczekiwaniach jednej i drugiej strony. Zbadanie osobowości zawodowej pozwala uniknąć późniejszych rozczarowań, jak też i zwiększyć pewność co do tego, że dana osoba będzie dawać z siebie jak najwięcej i rozwijać się wraz z naszą organizacją. I że nie zabraknie jej do tego motywacji, ponieważ to, co robi będzie zgodne z jej profilem osobowości zawodowej, z jej stylem pracy i z jej talentami.
Nie bez przyczyny pojęcie zarządzania zasobami ludzkimi w najnowocześniejszych organizacjach ewoluowało w zarządzanie talentami. Te organizacje już dobrze wiedzą, jak ważne jest odpowiednie wykorzystanie talentów swoich pracowników i stworzenie im warunków, w których będą mogli tych talentów używać i je rozwijać – rozwijając w ten sposób także firmę, w której pracują.
O tym, jakie typu talentów można spotka w organizacjach i do czego je wykorzystywać – w następnym „odcinku” czyli w następnym wpisie.
Tak, także wtedy „ujawnię”, co naprawdę łączy Carrie Bradshow z Aleksandrem Kwaśniewskim. Ale na zakończenie jeszcze słów parę o Torresie. Nie jest już smutny, jego zła passa w Chelsea skończyła się, gdy strzelił bramkę w meczu z West Ham United 23 kwietnia.
Harry Potter i czarodziejski networking
Felix felicis – czyli po łacinie „szczęście szczęśliwe”. Określenie to pochodzi z cyklu książek o Harrym Potterze, gdzie oznaczało eliksir szczęścia, sporządzany przez czarodziejów i bardzo trudny do uwarzenia, co rekompensował fakt, iż gotowy eliksir, każdemu, kto go zażyje, gwarantował niezmącone szczęście i niesamowitego farta przez cały dzień.
Główny bohater cyklu zażył taki eliksir w szóstej części swoich przygód, by wykonać zadanie, którego do tej pory zrealizować nie mógł. Co się wydarzyło? Po wypiciu felix felicis Harry Potter zaczął robić rzeczy, na które wcześniej nie miał ochoty. Los, czy też eliksir jakby sam go prowadził. „zaufajcie mi. Wiem co robię (…) a w każdym razie (…) Felix wie”* wyjaśniał przyjaciołom, zaskoczonym jego nagłą decyzją, by udać się w miejsce, do którego wcześniej nie miał zamiaru iść, a również związek tej wyprawy z głównym powodem zażycia eliksiru wydawał się nie istnieć. Okazało się jednak inaczej. Felix felicis doprowadził Harrego Pottera do upragnionego celu prawie prostą drogą, choć wiodła ona przez miejsce, które wcześniej wolał ominąć.
Każdy pewnie chciałby mieć taki magiczny napój. Ale ponieważ na magię w naszym świecie nie mamy co liczyć – aby dopomóc szczęściu, musimy radzić sobie inaczej. Jedno jest pewne: siedząc w biurze czy w domu i czekając aż COŚ samo się wydarzy (klient entuzjastycznie odpowie na nasze maile albo w firmie pojawi się niespodziewanie giga inwestor z pilną potrzebą kupna naszych najdroższych produktów) – wielce prawdopodobne jest, że nie doczekamy się niczego. Musimy złamać schemat, zacząć działać inaczej, jak mówi Grzegorz Turniak: wyjść ze strefy komfortu – i – dosłownie – wyjść nowym klientom i nowym zleceniom na spotkanie.
Zdarzyło mi się niedawno, pewnego upalnego dnia, że po serii spotkań absolutnie nie chciało mi się już nic, a ciążące w teczce dokumenty, które miałam w planie tego dnia zawieźć do urzędu wołały „Daj sobie spokój, nic się nie stanie, zawieziesz nas jutro!”. Byłam już w drodze powrotnej do biura, gdy COŚ powiedziało mi, żeby mimo wszystko udać się do rzeczonego urzędu tego samego dnia. Wymagało to zmiany kursu, nadrobienia drogi, ale oparłszy się pokusie szybkiego znalezienia się w progach chłodnego biura, podążyłam za wewnętrznym głosem. Po przekroczeniu progów urzędu wpadłam na korytarzu na koleżankę z dawnej pracy. Po krótkiej rozmowie byłyśmy już umówione na spotkanie w sprawie mojej oferty!
Nie znam się na modnym od pewnego czasu temacie prawa przyciągania. Ci, którzy się na nim znają, może powiedzą, że właśnie zadziałało. Jednak bez przełamania się, pokonania pragnienia szybkiego zakończenia dnia pracy, bez podjęcia decyzji o wyjściu naprzeciw losowi – nie wydarzyłoby się nic. Takie sytuacje zdarzyły mi się już wiele razy. Zawsze był to ten sam scenariusz – wewnętrzny felix felicis nakazywał mi opuścić sferę komfortu i zrobić coś przeciwnego do pragnienia zaszycia się we własnym świecie, czyli najczęściej nakazywał wyjść do ludzi. „Bądź proaktywny” – głosi jeden z 7 nawyków skutecznego działania Stephena Coveya. To prawda, jeśli chcemy dopomóc szczęściu musimy być proaktywni. Szczęście czeka czasem tuż za rogiem, ale trzeba najpierw podnieść cztery litery z fotela i za ten róg się udać.
Wracając do Harrego Pottera, raz jeszcze podkreślę, że choć obdarzony magicznymi mocami sam nie zdziałałby nic, gdyby po zażyciu felix felicis został w swoim pokoju czekając, aż szczęście samo się do niego uśmiechnie. Musiał podjąć pewien wysiłek i wbrew pierwotnym zamiarom pójść na spotkanie, aby magiczny napój objawił pełnię swych możliwości.
Pojawienie się o 7.00 rano na śniadaniu biznesowym to dla wielu osób zapewne również całkiem poważny wysiłek. Niemniej, w klubach BNI na całym świecie, w tym w kilkudziesięciu w Polsce, taki wysiłek podejmują tysiące ludzi. Plonem tego wysiłku są nowi klienci i nowe kontrakty, a atmosfera i energia tych spotkań daje potężny zastrzyk endorfiny na cały tydzień pracy.
Najbliższą, dużą okazją do spotkania wielu interesujących ludzi, odświeżenia starych i zawarcia nowych znajomości a jednocześnie zdobycia wiedzy o wykorzystaniu systemów informatycznych w procesie rekrutacji i zarządzania kadrami, będzie konferencja HRMeeting „Digitalizacja procesu rekrutacji” odbywająca się 16 czerwca (początek o godz. 9.30) w hotelu Silver w Szczecinie. W programie konferencji organizatorzy przewidzieli część przeznaczoną na networking, za co wielkie dla nich uszanowanie. Bądźcie tam, bo naprawdę warto. Więcej informacji pod adresem http://www.hrmeeting.pl/.
* cytat pochodzi z książki J.K. Rowling „Harry Potter i Książę Półkrwi”, tłum. Andrzej Polkowski, wyd. Media Rodzina, Poznań 2006.
Harry Potter i czarodziejski networking
Goła tuja nie jest sexy!
Powyższe zdanie wyrażające kwintesencję działalności firmy prowadzonej przez Katarzynę Świt i po wielokroć powtórzone przez Grzegorza Turniaka stało się nieformalnym mottem spotkania BNI Prestige czyli prężnego poznańskiego oddziału BNI.
Ale od początku. Czym jest BNI? Długo by opowiadać – więc najlepiej poczytać na www.bnipolska.pl . W maksymalnie największym skrócie: BNI to grupa przedsiębiorców, którzy wzajemnie wspierają się w rozwijaniu swoich firm. Jak? Poprzez system rekomendacji. W praktyce, BNI opiera się na zasadzie, którą wszyscy chyba znamy i stosujemy w codziennym życiu, bo przecież wszak większość z nas najchętniej kupuje te towary, które polecili nam znajomi, przyjaciele czy rodzina, a interesy wolimy robić
z tymi, których znamy i lubimy, wiedząc, że możemy im zaufać. Z całym szacunkiem dla branży reklamowej (niech ma się dobrze i niech rozkwita!), niekoniecznie to, że znany celebryta pokaże się w telewizyjnym spocie za kierownicą samochodu określonej marki decyduje o tym, że samochód tej właśnie marki kupimy. Częściej bowiem opinia pana Tomka, który jest naszym dobrym znajomym i który takim autem jeździ, uważając, że jest bardzo ekonomiczne, ma odpowiedniego kopa i niedrogie części zamienne – jest tą, która ma największy wpływ na decyzję o zakupie takiego, a nie innego samochodu.
W przypadku usług jest to jeszcze bardziej widoczne. „Polecam ci moją kosmetyczkę” – powie jedna pani drugiej pani „Jest rewelacyjna! Jej maseczki czynią cuda, a jak po zabiegu robi ci jeszcze masaż twarzy, to można odpłynąć” czy też „Mój dentysta jest najlepszy. Bardzo dokładny, zawsze mówi, co robi i jakich materiałów używa”. To działa, prawda? Mechanik samochodowy? „Jedź tylko do Iksińskiego. Jest najlepszy. Używa tylko oryginalnych części.” Fryzjer? Prywatny lekarz? Radca prawny? Biuro podróży? Niedroga a solidna drukarnia albo studio graficzne? Każdy z nas ma zapewne w swoim wizytowniku albo w telefonie kontakty do wielu niezawodnych fachowców w swoich branżach i firm, które z czystym sumieniem i ręką na sercu może polecić innym, bo wie, że nigdy nie zawiodą.
Zaraz, zaraz… A jeśli sami prowadzimy firmę? Czy mamy pewność, że o naszych produktach lub usługach nasi klienci mówią w podobny sposób?
Chwila zadumy… Hm… może… chyba tak,.. ale… W rzeczywistości takiej pewności nie mamy!
BNI powstało po to, aby tę pewność mieć! Dzięki członkostwu w BNI „żywymi reklamami” naszej działalności i ambasadorami naszej firmy będą inni przedsiębiorcy. To oni będą nieść w świat informację o tym, że jesteśmy rzetelnym partnerem biznesowym, a oferowane przez nas produkty czy usługi są najwyższej jakości. To oni będą orędownikami naszego biznesu i będą nas rekomendować innym swoim klientom i partnerom biznesowym!
Taki model wzajemnej afirmacji działa na całym świecie już od ponad 25 lat. W Polsce od 2006 r. I sprawdza się rewelacyjnie: 133 000 członków zrzeszonych w 5600 klubach na całym świecie udzieliło tylko w ub. roku aż 3,3 mln rekomendacji wartych (UWAGA!) półtora miliarda euro! Oznacza to, ze dzięki członkostwu w BNI każdy przedsiębiorca znacząco zwiększył ilość zawieranych transakcji, pozyskał nowe zlecenia i nowych klientów, osiągając wzrost przychodów. Kiedy BNI będzie w Szczecinie? Już niebawem – czytajcie bloga i wypatrujcie na nim informacji, a jeśli chcecie być powiadamiani o spotkaniach BNI – napiszcie do mnie Nakielska.Pawluk@gmail.com .
W ramach szkoleń przygotowujących do rozwoju BNI w Szczecinie podpatrywałam , jak działa BNI w kolebce polskiej przedsiębiorczości, czyli w Poznaniu.
Poznański BNI Prestige zrzesza przedsiębiorców różnych branż i sektorów – jest to kluczowa zasada, bo firmy zrzeszone w jednym klubie BNI nie mogą ze sobą konkurować. To oczywiste, bo przecież każdy z członków rekomenduje jedną firmę z danej branży.
W praktyce wygląda to w ten sposób, że jeśli pan Jerzy, reprezentujący biuro rachunkowe wie, że pani Aneta z firmy szkoleniowej potrzebuje zrobić ulotki i foldery swojej firmy – zarekomenduje jej należące do jego grupy BNI studio graficzno-drukarskie. Z kolei pani Aneta prowadząc szkolenia dla agencji zatrudnienia zarekomenduje jej właścicielowi usługi biura pana Jerzego. Oboje należą do jednej grupy BNI w swoim mieście
Proste? Jak bułka z masłem. Prostota zasady wzajemnych rekomendacji jest podstawą sukcesu BNI na całym świecie. I choć w życiu też często polecamy innym firmy, które sami sprawdziliśmy i które zasługują na polecenie – nigdy nie mamy pewności, czy nasza firma również zostanie w analogiczny sposób polecona. Ludzie kierują się bowiem w swoich decyzjach różnymi przesłankami, czasem zupełnie nieracjonalnymi – co to dotyczy także rekomendacji. Będąc w BNI wiesz, że warto polecić firmę z Twojej grupy BNI, ponieważ po prostu jest to dla Cienie opłacalne i udzielona rekomendacja „wróci” do Ciebie w formie zlecenia, gdy w niedalekiej przyszłości ktoś inny z Twojej grupy BNI poleci swojemu klientowi właśnie Twoją firmę.
Podkreślę jeszcze raz: BNI pozwala zwiększać przychody naszych firm, dzięki temu, że będziemy na sto procent pewni, że jesteśmy polecani potencjalnym klientom. Polecanie Twojej firmy innym firmom będzie po prostu opłacalne dla innych członków BNI i stając się ambasadorami Twojej firmy będą Ci przysparzać nowych klientów, wiedząc, że Ty będziesz robił to samo dla nich!
Wracając do Poznania. Tutejszy BNI Prestiże zrzesza następujących przedsiębiorców:
Power Team – Business Service
Anna Sobczak – Mail Boxes ETC – biuro on-line
Marcin Kwapiński – kancelaria prawna
Hanna Ćwiertnia – MarkeSense – PR
Power Team – HR
Maciej Sasin – Akademia Rozwoju Kompetencji – Coach
Joanna Śleboda – Adecco – rekrutacja
Power Team – Nieruchomości
Marcin Lewandowski – PLP Inwestycje – nieruchomości komercyjne
Christophe Borzuchowski – ACB Sp.z o.o. – produkcja okien pcv
Katarzyna Świt – Ogrody Inspiracji – projektowanie ogrodów
Power Team – Marketing & Design
Mateusz Borowiak – COMGROUP – projektowanie stron www
Łukasz Kuzemko – Triada Druk – drukarnia
Bartłomiej Manszewski – JW.pl – upominki reklamowe
Power Team – IT
Adam Pioch – Digital Generation – szkolenia z e-biznesu
Power Team – Finanse
Maria Lipka - Biuro Rachunkowe – usługi rachunkowe
Janusz Górski – Pramerica – ubezpieczenia
Sławomir Skorupski – Financial Future – kredyty hipoteczne i inwestycje
IzabelaWęgłowska-Ciszak – Doradztwo Finanse – szkolenia finansowanie firm
Lidia Jankowska – Allianz – ubezpieczenia majątkowe
Power Team – Zdrowie
Jarosław Adamczak – AB-MED – medycyna estetyczna
Jak zauważyliście, członkowie pogrupowani są w Power Team’y – zespoły przedsiębiorców oferujących komplementarne usługi. Jeżeli pan Kowalski przygotowuje akcję promocyjną dla swoich klientów może ją w całości zrealizować w ramach team’u Marketing & Design. Osoba budująca dom uzyska pełen wachlarz usług w ramach Power Team’u Nieruchomości. I tak dalej. Nikt – ani z określonego Power Team’u, ani z całego BNI Prestige – nie oferuje usług wzajemnie ze sobą konkurujących. To, co stanowi o korzyściach dla członków BNI jest korzystne także dla samych klientów. Kontaktując się tylko z jedną firmą w sprawie jednej określonej usługi, klient uzyskuje kontakt do innych firm, które mogą mu pomóc w realizacji całego zadania i wykonać potrzebne mu usługi sprawnie i rzetelnie. Nie musi już tracić czasu na wyszukiwanie innych realizatorów poszczególnych części zamówienia. Oszczędza czas i pieniądze, a zyskuje pewność zrealizowania całej usługi na najwyższym poziomie, którego potwierdzeniem jest rekomendacja.
Podczas biznesowego śniadania BNI Prestige (7.00 w każdy wtorek w Hotelu Meridian przy ul. Litewskiej w Parku Sołeckim w Poznaniu), na którym miałam przyjemność być 19 kwietnia, zgodnie ze scenariuszem BNI każdy z uczestników w 60 sekundach przedstawiał działalność swojej firmy, a następnie mówił, jakich zleceń poszukuje. Czy jest możliwe przedstawienie swojej oferty w ciągu jednej minuty i to tak, by zainteresować słuchaczy i sprawić, by Cię zapamiętali? Tak, to jest możliwe! Doskonale sprawdza się przy tym to, co stale podkreśla i czego uczy prezes BNI Polska Grzegorz Turniak: opowiadanie historii. Krótka, obrazowa historia opisująca w jaki sposób Twoja firma może pomóc klientom jest kluczowa, aby zostać zapamiętanym i w kluczowym momencie – poleconym klientom.
Wszystkie dokonane przez członków BNI Prestige i ich gości prezentacje były arcyciekawe, że wspomnę tylko o kilku: historii dylematów fikcyjnej Marysi, pragnącej pozbyć się tatuażu, symbolizującego jej młodzieńczą miłość – przedstawionej przez Jarosława Adamczaka z AB-MED (kliniki medycyny estetycznej), wystąpienia radcy prawnego Marcina Kwapińskiego, specjalizującego się w doradztwie dla firm kooperujących z Włochami, który prezentację swojej kancelarii zakończył krótką oracją w języku Petrarki, pomysłowości Hanny Ćwiertni, której inicjatywy, zwłaszcza portal www.mamafit.pl zasługuje na biznesowego Oscara a co najmniej wart jest zainteresowania inwestorów zasiadających w jury programu Dragon’s Den, czy też prezentacji Marii Lipki – Fachowej Księgowej prowadzącej biuro rachunkowe, która nie omieszkała przypomnieć wszystkim o obowiązkach związanych z rocznym rozliczeniem podatkowym, przy okazji przestrzegając przed zbyt późnymi próbami wysłania PIT-a drogą elektroniczną oraz, oczywiście, Katarzyny Świt z Ogrodów Inspiracji, do której należą copyrights hasła „Goła tuje nie jest sexy!”. Katarzyna bardzo obrazowo opisała zwyczaj obsadzania przydomowych ogrodów tujami, podczas gdy … no właśnie – goła tuja nie jest sexy! Nawet bez wielkich nakładów można przydomowy ogród zamienić
w kawałek ogrodu Eden, w czym pomaga firma Katarzyny.
Tak jak ogród z samymi tujami nie jest „sexy” i nigdy nie rozkwitnie, tak biznes bez networkingu, bez nawiązywania kontaktów z ludźmi – nigdy się nie rozwinie.
Twórzmy razem BNI Szczecin!

